Odszedł bard
Trudno wyliczyć lubelskie lokale, w których można było przez ostatnie lata usłyszeć dobitny głos Artura Targońskiego śpiewającego słynne utwory Grechuty, Sikorowskiego, Stachury i te, które ukochał najbardziej – pieśni greckie, z tego kraju marzeń, do którego wciąż pragnął powrocić z koncertami. A że był prawdziwym bardem, śpiewał też ze swoją muzyką poezję Czechowicza i własne, inspirowane nią utwory czule opiewające rodzinny Lublin. W ub. miesiącu pisaliśmy w Kurierze o tym, jak po ciężkiej chorobie odnalzał się i jak koncertował co wtorek w pubie 4 Pokoje. Stało się to – mówił – dzięki Muzie, która opromieniała ostatnie, jak się okazało, Jego dni. Razem snuli plany. Przedwczoraj był umówiony w Hadesie, żeby omówić szczegóły czerwcowego recitalu, który miał być Jego wielkim come back na estradę. Nie przybył, bo w sobotę 8 maja inna choroba nagle przeniosła barda do prawdziwej Krainy Łagodności. Pewnie śpiewa tam Artur to, czego nie zdążył wyśpiewać tu w krótkim 44-letnim życiu. Przyjaciele z Kuriera
Kategorie: Kurier Lubelski
Rok: 2004

