Świdnickie serca gorące

Pierwszy z koncertów dla Jacka Kaczmarskiego

Największe brawa zebrała niezwykle rzadko pojawiająca się na estradzie Jagoda Naja. W zasadzie tylko występujący jako główna gwiazda wieczoru wspaniały Mirosław Czyżykiewicz mógł konkurować pod tym względem z laureatką Grand Prix Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie w roku 1994.

Ale to nie oznacza, że inni wykonawcy konertu Jackowi Kaczmarskiemu – Przyjaciele zostali gorzej przyjęci przez publiczność wypełniającą w poniedziałek salę kina Lot w Świdniku. Wręcz przeciwnie, rzęsistymi oklaskami nagradzano wszystkich, bo pomiędzy estradą i widownią od samego początku nawiązała się nić porozumienia płynąca ze świadomości, że wszyscy na sali spotkali się tego wieczoru, by dołożyć cegiełkę do wielkiej sprawy – pomocy znajdującemu się w potrzebie znakomitemu bardowi, choremu na raka krtani Jackowi.

Koncert świdnicki, który wymyślił i bardzo elegancko prowadził Jan Kondrak, wsparty niemal w chwili pomysłu przez Leszka Olechnowicza, dyrektora Miejskiego Ośrodka Kultury, który zaoferował salę i pomoc techniczną, był pierwszym z planowanych na Lubelszczyźnie podobnych charytatywnych przedsięwzięć wspierających Jacka Kaczmarskiego. W biednym Świdniku, gdzie nawet niewyśrubowane ceny biletów (10 zł) nie pozwoliły zapewne przyjść do Lotu wszystkim chętnym i to spowodowało, że sala nie wypełniła się do ostatniego miejsca, czuło się atmosferę święta, święta piosenki literackiej, takiej jaką uprawia ten, któremu koncert dedykowano.

Nie była to akademia ku czci, bo jak słusznie zauważył Kondrak, Jacek by sobie takiej nie życzył. Tylko na początku prowadzący całość odśpiewał Niech Kaczmarskiego. Jan Kondrak był też głównym – kto wie czy nie lepszym niż sam mistrz, wykonawcą polskiej wersji pieśni – interpretatorem słynnych, kultowych Murów brzmiących jak dzwon w finale, bo do śpiewu dołączyli się wszyscy występujący w poniedziałek artyści. Gorące świdnickie serca na scenie i na widowni złączyły się w jedno. Chyba wszyscy nucili sobie słowa o obalaniu murów i życzyli jak najlepiej temu, który tą pieśnią natchnął Polaków do czynu w latach wolnościowego zrywu lat osiemdziesiątych.

Pomiędzy tymi utworami spinającymi koncert usłyszeliśmy wykonawców ze starszego bardowskiego pokolenia i tych, którzy dopiero wkraczają na artystyczny szlak. Młodsi – Magda Celińska, Mira Krużel, Dominik Rogalski, Tomek Krzyżanowski – śpiewali po jednej piosence i każdy w jakiś sposób potrafił podbić publiczność. Starej gwardii (bez przesady, to określenie raczej symboliczne) przypadło po dwa utwory, z tym, że członkowie Lubelskie Federacji Bardów prezentowali się blokowo w dwóch odsłonach. Jola Sip śpiewała np. Hej, ho, szybki zysk Marka Andrzejewskiego, on sam m.in. piękne wciąż Jak listy, Piotr Selim Tanię do słów Hanny Lewandowskiej.

Podobali się bardzo przyjaciele federacji i Jacka Kaczmarskiego przybyli specjalnie do Świdnika. O Jagodzie Naji wspominałem i wciąż, słysząc np. jej Klamkę (autorstwa Jana Kondraka), nie mogę uwierzyć, że ta perła estrady na skalę ogólnopolską tak rzadko się na niej pojawia. Rewelacyjnie ostatnio wypada radzynianin Jacek Musiatowicz. Do kapitalnych tekstów, które zawsze były jego siłą (Kondrak wspominał jak Jacek Kaczmarski zachwycił się nim kiedyś w Krakowie nazywając go nowym Wojaczkiem) dołożył ciekawe opracowanie muzyczne towarzyszącego mu dobrego zespołu. Ciepłem ujął Szymon Zychowicz z Piwnicy pod Baranami, szczególnie ciekawy w pogodnym Wiosennym walcem wprost z Paryża. Wreszcie poraził swym głosem i nieprzeciętną muzykalnościa (ta gitara dopieszczona w szczegółach!) Mirosław Czyżykiewicz pięknie łączący dedykację dla Jacka ze strofami Josifa Brodskiego i grzmiący Lat bieg Thomasa Hardy’ego (z półplaybackiem, ale to jakoś tym razem nie przeszkadzało).

Pierwszy koncert przyjaciół dla Jacka Kaczmarskiego za nami. Teraz kolej na następne: w piątek na KUL, w niedzielę w HADESIE, 8 maja w filharmonii. Oby wszystkie były tak udane jak ten w Świdniku.

Andrzej Molik

Kategorie:

Tagi: / / / / /

Rok: